Mental load: nie widać, nie słychać, a jest

 

O pojęciu mental load wspominałam już jakiś czas temu (tutaj), ale tylko pobieżnie i nie skupiałam się na tym temacie zbyt wiele. Dziś pora te zaległości nadrobić, bo mam wrażenie, że o ile poza Polską o mental load jest głośno od miesięcy, to u nas jakoś cicho. Zresztą ja sama natknęłam się na to ten termin na początku tego roku, czytając jakiś anglojęzyczny tekst. Autor tego tekstu pisząc o mental load przytaczał duże fragmenty komiksu autorstwa Emmy Clit. Nie znałam wcześniej Emmy i jej śmieszno-smutnych komiksów, ale już po lekturze tych kilku fragmentów zawołałam w duchu: to o mnie, to cała ja!

W odcinku zatytułowanym wymownie „You should’ve asked/Mogłaś poprosić” (pełna wersja dostępna tutaj) Emma wyjątkowo dosadnie i bardzo obrazowo opisała i narysowała, czym jest mental load. Ja niestety nie mam jej zdolności plastycznych, więc dla porządku napiszę, że terminem tym określa się ogromny bagaż spraw i obowiązków związanch z fukcjonowaniem domu i rodziny, o których kobieta – pani domu – pamięta, a często również sama je wykonuje. I to niezależnie od tego, czy sama pracuje zawodowo, czy nie. Spraw tych często jest tak wiele i tak różnej rangi (od superważnych po ledwo uświadamiane piedoły) i tworzą bagaż tak wielki, że często nawet sama obarczona nie jest w stanie precyzyjnie określić, za co  tak dokładnie odpowiada.

Mental load jest zazwyczaj udziałem kobiet, w szczególności – matek. Obstawione niekończącymi się listami rzeczy do zrobienia, kupienia, załatwienia i zorganizowania – przewodniczymy naszemu życiu rodzinnemu z coraz większym utyskiwaniem. No, ale przecież kto da radę, jak nie my? Zaczyna się niewinnie: zakładamy rodzinę, pojawia się pierwsze dziecko. Początkowo chętnie i świadomie przyjmujemy na siebie rolę domowego CEO, managera rodziny, królowej domu – jak zwał, tak zwał, w każdym razie chodzi o to, że wszelkie sprawy okołodomowe i okołodziecięce są na naszej głowie. Na początku może nam być z tym ciężarem całkiem przyjemnie: wszak lubimy czuć się najlepsze i niezastąpione – zresztą, kto nie lubi. Przecież nikt tak dobrze nie ugotuje rosołu, jak ja, nikt tak dobrze nie rozpozna płaczu dziecka, jak ja, nie wykąpie go wjedyny akceptowalny sposób, nie zaplanuje wakacji, biorąc pod uwagę wszystkie 1001 warunków sine qua non, nie zrobi zakupów, nie ubierze dzieci odpowiednio do pogody, kto będzie pamiętać o wpłacie na wycieczkę szkolną córki, o szczepieniach… To, z czego składa się mental load, mogłabym wymieniać jeszcze bardzo długo, lista chyba nie ma końca. W wersji zaawansowanej mental load przejawia się braniem na siebie odpowiedzialności za wszystko, co z funkcjonowaniem domu związane, zarządzania nawet najmniejszym drobiazgiem, tworzeniem długaśnych instrukcji dotyczących przeróżnych domowych czynności, wypisywaniem niezliczonych list rzeczy do zrobienia/ kupienia/ zorganizowania/ zapamiętania/.

Życie z mental load wygląda jest trochę tak, jakbyśmy miały w głowie komputer, z czasem coraz bardziej skomplikowany, z ogromną pamięcią operacyjną i superwydajnym skanerem. Komputer działa 24/7 i nieustannie skanuje otoczenie w poszukiwaniu sygnałów tego, czym trzeba się zająć: tu się rozsypały płatki, tam rośnie góra prania, pościel niezmieniana już od miesiąca, nie ma żarówek 40W z małym gwintem, trzeba zapłacić kolejną ratę za angielski Zuzy i tym podobne.

Wiecie, co mnie w tym wszystkim wkurza najbardziej? Że jest cała masa książek, poradników, artykułów (oczywiście wszystko to skierowane i przeznaczone dla kobiet), które doradzają, jak ogarnąć mental load. Nie jak się nim podzielić, nie co zrobić, żeby spraw na głowie było mniej, ale jak samej to wszystko ogarnąć i okiełznać. Jak się zorganizować tak, żeby wszystko mieć pod kontrolą. Mam tu na myśli niezliczone porady dotyczące codziennego fukcjonowania życia rodzinnego, organizacji każdej jego sfery – począwszy od zakupów, a skończywszy na edukacji dzieci; mam na myśli te wszystkie wyzwania polegające na sprawnym ułożeniu jadłospisu na najbliższy tydzień, nad wyborem właściwego miejsca na urlop, właściwej szkoły, szczepionek – właściwie wszystkiego, co tylko mozna sobie wyobrazić w związku z domem i rodziną. Oczywiście, najczęściej za tymi wszystkimi radami stoi jakiś rewelacyjny i ułatwiający życie produkt, który KONIECZNIE trzeba kupić: superplaner, kalendarz idealnej pani domu, aplikacja do planowania śniadań na cały rok, podcast o efektywnym kupowaniu warzyw lub broszurka „Zdrowe przekąski dla dzieci w wieku lat 13 i 3/4”. A mnie wszystko to wkurza. To wszystko doprowadza mnie do szału, bo takie podejście niestety sankcjonuje stan rzeczy, w którym wszystkim, co domowe, zajmuje się kobieta. Pewnie sporo z nas uważa te przeróżne aplikacje, kaledarze i planery za pomocne i pożyteczne, ok, ale korzystając z tego typu „pomocy” zwyczajnie powiększamy nasz udział w dźwiganiu mental load. Choć uczciwiej byłoby powiedzieć, że go dla siebie w całości zwłaszczamy.

Myślę, że nie tędy droga. W każdym razie jeśli chodzi o mnie – nie zamierzam być wszechwiedzącą domową boginią, na własne życzenie obarczająca się odpowiedzialnością za każdą, i dużą, i małą rzecz dotyczącą funkcjonowania domu i rodziny. Choć nie powiem – kiedyś i ja miałam takie ambicje. Z czasem wiekszości z nich się pozbyłam i nie wyrzucam sobie, że na dzienniki elektroniczne moich córek loguję się średnio raz na dwa tygodnie, a dziś na obiad znowu był kotlet z ziemniakami.

Wydaje mi się, że jestem przypadkiem o tyle szczęśliwym, że z dzieleniem się mental load radzę sobie dość intuicyjnie, z mniejszymi lub większymi sukcesami, od lat. Oczywiście nie zmienia to faktu, że widzę, iż problem dotyczy mnie samej bez najmniejszych wątpliwości, ale przynajmniej staram się iść w stronę podrzucania tego gorącego ziemniaka także i innym zaangażowanym w nasze życie rodzinne, z Ukochanym Mężem na czele. No i odkąd pamiętam – mam silną awersję wobec wszelkiego rodzaju planów, list i kalendarzy ?.

Pierwszym ważnym wydarzeniem, które – jak sądzę – bardzo wpłynęło na moje podejście do dzielenia się obowiązkami domowymi i całą sferą ogarniania domu był mój kilkutygodniowy służbowy wyjazd do USA. Przełomowe to wydarzenie miało miejsce jakieś 12 lat temu. Wtedy to, po kilku latach życia życiem kury domowej, wróciłam do pracy: trochę z powodów finansowych, trochę dlatego, że już miałam dość skupiania się na domowych pieleszach i chciałam gdzieś z domu wyjść. „Siedziałam w domu” bite cztery lata. Kiedy urodziłam Zuzę, moją drugą córkę, i skończył mi się urlop macierzyński w starej firmie (do której nie mogłam wrócić z racji zmiany miejsca zamieszkania), znalazłam nową pracę, wiążącą się z wyjazdem na długie szkolenie w Stanach. Początkowo mnie to przerażało: wystarczającym szokiem było dla niedawne mnie przejście z etapu kobiety zajmującej się domem i dwiema małymi córeczkami w etap kobiety mniej zajmującej się domem i dziećmi, zatrudniającej nianię i oswajającej się z nową pracą i firmą. A tu zaraz kolejny szok! Przyznam, że na początku wahałam się, czy nie wrócić do stanu poprzedniego, nie olać tej pracy, przestać się szarpać i zamartwiać. Miałam też myśli typu: ok, pojadę, ale trzeba przygotować dzieciom ubranie na każdy dzień, nagotować obiadów, zorganizować jakąś pomoc, bo och, co to będzie, co to będzie! Chłop na pewno sobie sam z dziećmi i swoją pracą nie poradzi! Jak widać – miałam wszystkie typowe myśli kobiety przekonanej o tym, że tylko ona jedna wie, co i jak powinno w domu fukcjonować. Ale im bardziej zbliżała się data wyjazdu, tym mocniej uświadamiałam sobie, jak bardzo bezsensowne byłyby takie przygotowania: i tak nie dałabym rady przygotować wszystkiego na długie 21 dni. I tak nie byłabym w stanie napisać instrukcji na każdą możliwą sytuację, zrobić listy zakupów na kolejne tygodnie, nie dałabym rady zaplanować wszelkich możliwych scenariuszy. Ostatecznie więc pojechałam – a Ukochany Mąż został z dziećmi i „tym wszystkim” – i sobie poradził bez mojej zdalej pomocy i mojego mikro-zarządzania. Nasz domowy świat się nie zawalił z powodu mojej kilkutygodniowej nieobecności.

Przed powrotem do pracy miałam wrażenie, że dom & dzieci to taki mój etat i wszystko może być na mojej głowie, ponieważ Mąż pracuje zawodowo. To była moja działka, którą ogarniałam w całości i za którą się czułam odpowiedzialna w 100%. Szczerze mówiąc, to lubiłam zajmować się tylko domem i również po powrocie do pracy początkowo starałam się sama ogarniać kwestie domowe, tak, jakby nic się zmieniło. Kto wie – może gdyby wówczas nie trafił mi się ten wyjazd, to ochoczo wzięłabym na swoje barki cały ciężar związany z funkcjonowaniem domu, a dziś pewnie byłabym sfrustrowanym wrakiem człowieka. Cóż, nie było wyjścia, musiałam się całą tą domosferą podzielić – i dobrze! Bo podejrzewam, że to ten wyjazd zapoczątkował nasze dzielenie się mental load: branie na siebie jednych obowiązków, przy jednoczesnym oddawaniu innych.

Wyjazd wyjazdem, ale w zmniejszeniu mental load jeszcze bardziej niż sprzyjające okoliczności sprzyja konkretna postawa i podejście do funkcjonowania rodziny. Ja na przykład nie pielegnuję w sobie poczucia, że jestem centrum i boginią naszego domowego ogniska. OK, jestem jego ważnym członkiem, ale nie żadnym CEO. To, że to najczęściej ja gotuję i decyduję o tym, co jest na obiad, nie oznacza równocześnie, że jeśli tego nie zrobię, to wszyscy pomrzemy z głodu. Dziś znacznie chętniej niz kiedyś wyjmuję spod swojej kontroli (mniej lub bardziej zdalnej) kolejne sfery funkcjonowania domu. Dobrym przykładem są cotygodniowe, duże zakupy. Dziś prawie zawsze robi je mój Mąż (najczęściej bierze jeszcze ze sobą młodsze córki), a ja na ogół się nie wtrącam. Owszem, czasem przygotuję jakąś krótką listę (np. kiedy mam wymyślne życzenia zakupowe w rodzaju mleczka kokosowego czy określonego rodzaju baterii), ale najczęściej w ogóle się nie wtrącam i nie czepiam. Choć jeszcze nie tak dawno lubiłam pomarudzić, że ziemniaki to nie takie, że zły makaron i takie tam. Ale kilka razy mocniej  puknęłam się w głowę i mocniej ugryzłam się w język – i dziś problem cotygodniowych zakupów nie jest już moim problemem.

Po drugie – to widać choćby na powyższym przykładzie z zakupami – sprawdza się reguła podziału „całych” obowiązków, a nie tylko rodzielanie poszczególnych zadań. W ten sposób unikamy głównej pułapki mental load, czyli „zarządzania” całością, która w dalszym ciągu jest na naszej głowie. Czasem może i jest trudno rozstać się z jakimś obowiązkiem tak do końca i definitywnie, bez gospodarskiego doglądania (wiem coś o tym, to naprawdę bywa trudne!), ale trudno – nie ma rady i trzeba spróbować, inaczej tylko wszystkich wkurzymy naszym ględzeniem i kontrolą, i z cedowania obowiązków na innych będą nici. Trochę czasu mi zajęło, zanim przestałam dzwonić z pracy do Męża (żeby spytać „i jak? Wszystko ok? Radzisz sobie?”), który rano ogarnia córki, zawozi je do szkoły, a przedtem pilnuje, żeby dziewczyny coś zjadły, wypiły, sensownie się ubrały. A także przypomina im o zabraniu klucza, w razie potrzeby kupi niezbędne i pominięte podczas pakowania bloki techniczne, upewni się, że mają coś na drugie śniadanie. Przyznam, że po zrzuceniu na Męża tego ciężaru poczułam wyjątkową ulgę – poranki z dziećmi przed wyjściem do szkoły i do pracy nie należą do moich ulubionych chwil.

Znacznie gorzej idzie mi z przerzucaniem całych obowiązków na córki – tu przyznam, nie obywa się bez przypominania, proszenia i tym podobnych wspomagaczy. I zakładam, mając w pamięci swój wiek nastoletni, że ten stan utrzyma się jeszcze długo.

Trzecim ważnym elementem sprzyjającym zmniejszaniu mental load jest coś, o czym pisałam już kilka razy – chodzi o tak zwany „czas dla siebie”. W mojej ocenie jest to gwarant zachowania zdrowia psychicznego. U mnie może to być bieganie, spacer, pisanie bloga, czytanie, wyjście do knajpy z koleżankami, a czasem nawet bezmyślne gapienie się na sikorki jedzące słonecznik w naszym karmniku. W wersji podstawowej to pół godziny leżenia w wannie, w wypasionej – kilkudniowy wyjazd z Ukochanym Mężem. Choć opcja ta jest logistycznie dość trudna do zrealizowania (konieczność zorganizowania opieki dla dzieci na kilka dni z rzędu, mniejsze lub większe koszty) – to raz na jakiś czas dla mnie niezbędna. Aaa, zapomniałabym, jedna superważna uwaga: nasze ostatnie wyjazdy (Oslo i Berlin) były w całości zaplanowane i zorganizowane przez mojego Męża, tak więc mój kawałek mental load nie powiększył się nic a nic w związku z naszymi wspólnymi wyprawami, co też nie jest takie oczywiste i często spotykane.

Pisząc o swoich zmaganiach z mental load nie dokonuję jakichś przełomowych odkryć i nie udzielam rad zmieniających życie, bo też nie o to mi chodzi. Stwierdzenie, że sensowniej jest dzielić odpowiedzialność za funkcjonowanie rodziny niż brać wszystko na swoje barki jest dość oczywista – a jednak, jeśli rozejrzeć się wokół, widać jak na dłoni, że w praktyce bardzo często całość tego ciężaru dźwiga jedna osoba – i jest to kobieta. Sama pamiętam kilka rozmów z koleżankami z pracy, które rezygnowały z wyjazdów służbowych (choc jechać chciały), bo bały się, czy ich mężowie dadzą sobie sami radę z domem, dziećmi, obiadami, zakupami – czyli tym wszystkim, z czym one jakoś sobie radzą, również przecież wykonując pracę zawodową. Według mnie tak być nie powinno, a często tak właśnie jest. Dobrze jest przede wszystkim uświadomić sobie istnienie mental load i zastanowić się nad tym, czy dźwigamy część tego ciężaru, czy całość. W tym ostatnim przypadku raczej nie pomoże nam kolejna superlista zakupów lub podjęcie wyzwania #zaplanuposiłkinacałyrok.

 

zdjęcie: źródło

 

Similar Posts:

RSS
Follow by Email
Facebook
Twitter